Come, little children, I'm only a beast...

Mimo braku emocji czułem się źle wśród czterech ścian, jedna kuloodporna, pozostałe w białym rażącym kolorze przez światło żarówek ledowych wbudowanych w sufit. Choć teraz nieskazitelność tego miejsca została zachwiana przez rozszarpane zwłoki pracownika tego wydziału, który dostał pierwszy raz przydział do mnie. Ludzie to śmieci i wiem, ze powtarzam się z tym jak stara katarynka ale uważanie się za kogoś wyższego ode mnie to jawna zniewaga ich pieprzonej nauki. Sami stworzyli coś co przewyższa ich najśmielsze oczekiwania, a nadal pragną więcej i więcej. Ich niedoczekanie. A i wracając do śmiecia, nie mogłem tego tak po prostu zostawić. Jego wnętrzności walały się po całej podłodze zasyfiając całą od czerwonej mazi. Tak, na początku rozprułem mu brzuch a krzyk rozległ się po całym pomieszczeniu. Oczywiście nikt nas nie usłyszał, wchodząc do środka każdy pracownik musi błyskawicznie zamknąć drzwi. A szyba nie dość, że jest kuloodporna, to jest świetnym tłumikiem wszelkich dźwięków, po to aby nie straszyć pozostałych łowców. Następnie ogonem owinąłem się wokół kostki i gwałtownym szarpnięciem powaliłem go na ziemie. Z hukiem uderzył głową najpierw o ścianę a następnie o podłogę. Nie dbałem też o jego organy, które 'lekko' w tym czasie uszkodziłem. Był na skraju utraty przytomności więc stanąłem w miejscu przyglądając się temu jak walczy o każdy oddech. Stara się zachować zimną krew, ale coraz bardziej słabł, tracił mnóstwo krwi.
-Będą musieli to jak najszybciej posprzątać -mruknąłem do siebie oglądając ten cyrk.
Koniec końców ukróciłem jego cierpienia. Nie to, że zrobiło mi się go żal, aczkolwiek szybko mi się to znudziło. I takim sposobem czekałem aż ktokolwiek przejdzie obok mnie. Z braku laku umoczyłem dłoń w krwi i uderzyłem nią w szybę zwracając uwagę sąsiedniego pracownika. Odsunąłem się i patrzyłem na reakcję mężczyzny. Strach. Bardzo dobrze, niech wezmą to za nauczkę. Nikt nie będzie mnie tak znieważał.
~~~~~~~~
-Ulquiorra Schiffer, najgenialniejszy z moich eksperymentów. Łowca nad łowcami. Czym sobie zasłużył ten nieszczęśnik - zapytał główny naukowiec laboratorium uśmiechając się od ucha do ucha. Ale to wcale nie był uśmiech ten należący do miłych. On również miał coś z bestii.
-Nie pozwolę by ktoś jego pokroju mógł traktować mnie jako kogoś niższego rzędu - odparłem z typowym dla siebie poker face'em.
-Co masz na myśli ? -wydawał się być szalony w tym momencie. A przynajmniej klasyczna definicja szaleństwa do niego pasowała.
-Dlaczego, ktoś kto nawet nie ma zbyt wysokiego ilorazu IQ ma czuć się lepszy od kogoś kto jest myślącą maszyną do zabijania? Powinien wiedzieć, że stworzenie drugiego takiego to kwestia szczęścia czy przypadku. Nie wszystkie geny się przyjmują, czyż nie? -wytłumaczyłem dość oczywistą oczywistość.
-Jestem pod wrażeniem twojej samoświadomości -pokiwał z uznaniem. -Masz może ochotę na polowanie? Mieliśmy wysłać innych łowców, ale po co mamy organizować całą eskapadę, jeśli twoja siła i inteligencja to połowa drużyny - jego wzrok utknął na mojej dziurze.
-Cokolwiek sobie życzysz- odpieram zachowując pozór lojalnego tworu.
Jednorazowe wybryki są naturalne dla dzikich bestii takich jak ja. Od czasu do czasu mam takie przyzwolenie, ponieważ naszym życiowym celem jest mordowanie. Duszenie tego w sobie (mimo że niektórzy mogą to kontrolować) prowadzi to do nieszczęść. Takich jak ta przed chwilą. Nie czuję potrzeby mordowania, jednakże znów będę się powtarzał aż nie wbije tego do łba wszystkim śmieciom.  Pozory.
-Więc wyślę cię z paroma nowymi bestiami. Pokaż im kto tutaj rządzi -zaśmiał się na odchodne naukowiec.
~~~~~~~~~
Wzbiłem się w powietrze, a ruch skrzydeł uderzonych w powietrze był tak silny, że najbliżej stojący łowcy musieli mocno się zaprzeć żeby stać w miejscu. Zerknąłem tylko przez ramię na moich pobratymców. Nie uważałem ich za sojuszników, którzy by mi pomogli. Jak tylko na nich patrzyłem, dostrzegałem ich słabą strukturę. Byli niepewni, podekscytowani i przestraszeni. Zamrugałem parę razy i bez żadnego słowa zacząłem wyznaczać z powietrza tor naszej wędrówki. Czułem się dowódcą całej wyprawy, przez wzgląd właśnie na rolę przewodnika. Nie wiem ile zajmie nam ta akcja, może tydzień albo dwa? Są okropnie powolni. Próbowali mnie zagadać jednakże zbywałem ich lakonicznymi odpowiedziami bądź ciszą. Nie miałem najmniejszej ochoty wchodzić z nimi w dyskusje. Tym bardziej, że poruszane przez nich tematy mnie nie interesowały.
Zmierzaliśmy w kierunku Starego Rivangoth i najkrótsza droga ze stolicy Ragnat prowadziła przez miasto Hehatalos. To tutaj zrobiliśmy dłuższą przerwę rozkazując im spotkać się następnego dnia na drugim końcu miasta. Zastrzegłem sobie prawo do wyruszenia w dalszą drogę jeśli drużyna byłaby nawet niekompletna. Korzystając z chwili dla siebie, poszybowałem w górę z zawrotną szybkością. Jak strzała, zgrabnie wymijałem budynki i linie torów transportów miejskich. Unowocześnienie nie było na taką skalę jak w Ragnat, ale nadal czuć było bijące podobieństwo. Robiłem hałas, brzmiałem jak odrzutowiec lecący bardzo wysoko, do tego tworząc sztuczny powiew wiatru. Ludzie trwożyli się na mój widok, odskakiwali, dzieci zaczynały płakać. Natomiast służba cywilna była niewzruszona. Wiedzieli o naszym przybyciu, nie zrobili nic. Zapadła noc, neonowe kolory oświetlały budynki. Zastanawiałem się jak mogli spać, żeby ciało mogło się w pełni zregenerować potrzebuje całkowicie zaciemnionego pomieszczenia. Cupnąłem sobie na dachu biurowca. Delikatne powiewy wiatru łaskotały ścianki mojej dziury w klatce piersiowej. Wzdrygnąłem się. Pazurami szurałem po betonie przechadzając się po dachu. Nie potrzebowałem snu ani odpoczynku. Z jakiegoś jednak powodu położyłem się na ziemi i zasnąłem. Obudziło mnie skrzypienie drzwi wychodzących na dach. Leniwie wstałem obdarzając nastolatkę pustym spojrzeniem. Była cała zapłakana, trzęsła się z nadmiaru targających ją emocji. Na oko, było koło 4-5 godziny nad ranem. Widząc mnie znieruchomiała.
-Kim jesteś i co tutaj robisz? - zapytała marszcząc brwi, na co ja odparłem wzruszeniem ramion.- Zadałam ci pytanie -głos jej drżał, próbowała być silna.
-Kimś kogo nie chcesz spotkać ponownie - odparłem prostując swoją smukłą posturę.
-Nie satysfakcjonuje mnie ta odpowiedź. Nie zabijesz mnie? -podeszła niepewnie.
-Nie, nie jesteś moim celem i wątpię żebyś kiedykolwiek nim była -bezczelność moich słów wprawiła ją w zakłopotanie.
Nie czekałem na jej odpowiedź. Wyminąłem ją podchodząc do krawędzi dachu.
-Nie boję się ciebie i nie możesz mówić do mnie w ten sposób! -krzyknęła czego pożałowała chwilę później, kiedy mój ogon zrzucił nastolatkę z nóg. Skosiłem ją w rezultacie potłukła sobie co najwyżej kość ogonową. Mój wyraz nadal się nie zmienił. Dziewczyna błyskawicznie mimo bólu zaczęła się wycofywać.
-No chodź, dziewczyno, powiedziałaś, że się nie boisz. Więc dlaczego uciekasz? -zadałem pytanie wiedząc, że wpadła w swoją własną pułapkę.
-Jesteś potworem -zawyła nie przestając się czołgać w stronę wyjścia.
-Nie, jestem bestią. A to jest różnica -wzruszam ramionami, gwałtownie się wycofując. Odwracam się i już mnie nie ma. Lecę do miejsca spotkania, wszyscy czekają tylko na mnie.
-Sam mówiłeś, że mamy być punktualni, a ty przychodzisz ostatni -mój dobry słuch wychwycił komentarz rzucony w moją osobą.
Rozłożyłem skrzydła w pozycji pionowej zamierając w powietrzu.
-Znajcie moją łaskę, zrobiłem to po to, żeby żadne z was się nie spóźniła -odparłem logiczne uzasadnione.
-Tak się teraz tłumaczysz -rzuca oburzona łowczyni.
-Jeśli chcesz, mogę zrobić cokolwiek żebym ciebie nie wziął. Mam na to przyzwolenie - odwracam się i bez dodatkowego komentarza ruszam do przodu choć korci mnie by ją zranić. Unicestwienie nie zrobi na niej wrażenia. Martwi głosu nie mają.
Wkraczamy wreszcie w lasy otaczające Stary Rivangoth. Lecę ponad koronami drzew tylko obserwując poruszające się pode mną cienie. Wyszukanie naszego celu za pierwszym podejściem całą grupą jest niemożliwe.
-Musimy się rozdzielić -rzucam na dół i błyskawicznie się rozdzielając.
Za pomocą echolokacji staram się wywęszyć jakiekolwiek życie w lesie. Nie idzie mi to zbyt łatwo, ponieważ pora nie była odpowiednia dla wilków. Zamieram znów w powietrzu skupiając się na odbieraniu bodźców. Totalna cisza. Mrugnąłem jeden, dwa razy i ponowiłem poszukiwania zagłębiając się dalej, bliżej Starego Rivangoth. Wytropić i unicestwić. Zniszczyć. Taki był plan. Tylko dlaczego nikt nie powiedział mi, że to będą dzieci? Nie żebym nie chciał ich zabijać ale to żadna frajda. Dzieci nie są w pełni rozwinięte pod każdym względem. Ląduje na polanie gdzie garstka młodych wilków zebrała się w zwartej grupie warcząc na moją osobę.  Wyciągam w ich stronę swoją pazurzastą dłoń.
-Jestem po części jednym z was -odzywam się pierwszy.
Młode wilki nie są przekonane co do prawdomówności moich słów. Nie odpowiadają ani jednym słowem.
-Czego się boicie? -zapytałem machając ogonem na prawo i lewo. Przekrzywiłem głowę. -Tego się boicie? -pokazałem pazury. - A może chodzi o tę wyrwę w mojej klatce piersiowej?
-Nie boimy się takich jak ty. Jesteśmy lepsi -odezwało się jedno szczenie będące z tyłu.
-Więc dlaczego się chowasz za innymi? -nie daję za wygraną. Szczenie nie odpowiada.
Uderzam skrzydłami w powietrze tworząc podmuch wiatru, który z kolei rozproszył nieco gromadkę. Swoim ogonem uderzyłem tych z przodu posyłając na boki.
-Zostaw dzieci -usłyszałem za sobą warknięcia wilczycy.
Odwróciłem się a na mój widok trochę się zlękła. Szybko ukryła gdzieś swój strach przede mną.
-Najpierw zajmę się tobą, a potem nimi, o ile nie sparaliżuje ich strach i uciekną. Ale to nic, i tak je wszystkie wytropię.
-Jak na łowce jesteś zdecydowanie zbyt martwy -wycedziła obelgę, która właściwie nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.
-Bardziej niż łowca identyfikuje się z mianem bestii -odpieram całkowicie świadomy złej metki jaką mnie sobie właśnie przykleili. -Ale to nic, zaraz będziesz równie martwa jak ja, a może bardziej? -zadaję pytanie retoryczne.
Walka nie była długa, jej moce magiczne niespecjalnie zrobiły mi żadnej krzywdy. Z moją umiejętnością regeneracji, wilczyca wpadła w szał. Starała się mnie unicestwić zanim zdążę się zregenerować. Jednak brakowało jej sił więc ukróciłem te cierpienia. Stałem chwilę nad jej krwawiącym ciałem.  Odwracam się w stronę dzieci, część z nich stała w miejscu sparaliżowana tym widokiem. A może mną? Nie mam pojęcia. Szybko się ocknęły i zaczęły się wycofywać.
-Chodźcie, małe dzieci, przecież jestem tylko bestią -mówię tępo w pustą przestrzeń.
Polowanie uważam za otwarte.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty